wtorek, 29 grudnia 2015



IV  
W OTCHŁANI ROZPACZY

Burza ustała już na szczęście. Mimo to Edmund nie ruszał się z miejsca od dobrej godziny. Nie zamierzał wprawdzie tkwić bez ruchu w nieskończoność, ale nie wiedział również, co należałoby teraz począć z samym sobą.
Wydawało mu się, że zdrowe zmysły powoli opuszczają go, a wraz z nimi odchodzą wszelkie chęci do życia. Stan jego wynikał w dużej mierze z narastającej gorączki; Edmund nie zamierzał bynajmniej targnąć się na własne życie. Przynajmniej nie w owej chwili. Zastanawiał się po prostu, jakby to było przestać nagle istnieć. Złapał się również na tym, że poddał w wątpliwość nie tylko własne istnienie, ale niejako zaprzeczył istnieniu całego świata. Wszystko to wydawało mu się wtedy co najwyżej pijackim wymysłem udręczonej duszy. Później popadł w zupełną apatię i nie myślał już o niczym.
Czytelnik zapewne zastanawia się, co też Edmund robił na deszczu, jeśli nie z obja-wami obłędu, to przynajmniej z narastającą maligną.
Wszak nie jest żadną tajemnicą, że po wydarzeniach, które rozegrały się o świcie, także Edmund zapragnął w końcu uciec z tego miejsca przepełnionego śmiercią i trwo- gą. On jeden chciał może zapaść się pod ziemię. Zamiast tego znalazł się nie wiadomo kiedy pod dachem jakiegoś domu; gwoli ścisłości, była to raczej rudera, zresztą dawno już opuszczona, niźli piętrowy budynek – miejsce cokolwiek odosobnione i zupełnie nie- uczęszczane. Rzec by można, idealne! 
Również sposób zjawienia się naszego jegomościa był dość niecodzienny. Kie-dy nawałnica rozpoczęła się już, ludzie pospiesznie opuszczali plac. Edmund prze-siąknięty do reszty postanowił udać się gdzieś jak najdalej stąd. Błądził wtedy jak we mgle, snując się leniwie ulicami skąpanymi w deszczu; bredził coś do siebie. Ludzie uciekający przed burzą mijali go, zachodząc zapewne w głowę, cóż to za oryginał prze- chadza się tam tędy zupełnie bez życia. „Wariat!” – odpowiadały mu spojrzenia innych odprowadzające go w tej, wydawać by się mogło, bezkresnej podróży. On jednak nie zwracał uwagi.
Kluczył tak jeszcze długo, gdy naraz oczom jego ukazał się cokolwiek mizerny widok: ów pobielany dom z szarym dachem. Dość wiekowy – tyle Edmund zdołał wy- wnioskować w swoim stanie. Dom ten z powybijanymi oknami, do niedawna jeszcze porośnięty bluszczem i winoroślą, stał na uboczu. I kusił czymś, czego Edmund nie umiał nawet nazwać. Niewątpliwie czuł to jednak, choć nie pojmował. 
Nieokreślony magnetyzm, owa doza tajemniczości tak odpowiednia przecież po- dobnym miejscom przyciągnęły go bez reszty i po chwili Edmund zapragnął wyłamać lichy już co prawda drewniany płot, by przestąpić próg tego dziwnego sanktuarium. Tak zresztą zrobił. 
Nie wszedł jednak do środka. 
Stanął w drzwiach niby na granicy dwóch zupełnie obcych światów, by chłonąć ten niecodzienny widok. Niemal pośrodku owej pustki (sprzętów wprawdzie nie było już prawie wcale) wyrastał wątły jeszcze dąb – naokoło spękanej posadzki ktoś porozrzucał jakby od niechcenia parę żołędzi – dzieło raczej przypadku niźli zamysłu; zapadnięta do środka więźba, potłuczone szyby rozsiane po całej podłodze i tynk odlatujący ze ścian – wszystko skąpane w blasku porannego słońca przemawiało do Edmunda, że nie wszystko marność. Była w tym jakaś nadzieja, piękno osobliwości. Nie bez powodu lubujemy się w takich miejscach. 
Targany na przemiennie dreszczami, to znów rozdarty przez wyrzuty sumie-nia oparł się o ścianę pod maleńkim daszkiem, by po chwili osunąć się na zie-mię. Znalazłszy znikomą ochronę przed deszczem, trwał w bezruchu. Nie miało to jed-nak większego znaczenia, i tak był już zziębnięty i przemoczony.  
Siedział z nogą zgiętą w kolanie, drugą, jakby mimowolnie, odrzucił na bok. Zmęczenie dawało o sobie znać.
Edmund pragnął może tylko skryć swoją twarz w dłoniach i nie myśleć o niczym; pozwolić, by rozpacz pochłonęła go jak bezksiężycowa noc. Tym właśnie było teraz jego życie – otchłanią, pustką i nocą. Niczym więcej.
Raptem nie wiedzieć kiedy przeżył widocznie pierwsze przebudzenie i jakieś nowe życie wstąpiło w te zdrętwiałe członki albo resztką sił zdołał porwać się z ziemi na własne nogi i przywarł do ściany niczym posąg, jakeśmy go tutaj ujrzeli po raz pierwszy.
Gdy zmysły Edmundowi powróciły, niewiele później z tego pamiętał, zwłaszcza sposób w jaki się znalazł, ani to, co wydarzyło się na krótko przed jego stagnacją. 
Po pewnym czasie uświadomił sobie jednak, że odczuwa ból.
Skóra na jego palcach była zdarta pewno w skutek ciągłego uderzania. Paznokcie z kolei wbijały się w twardą powierzchnię dłoni, nie czyniąc zresztą żadnej krzywdy. Choć nie martwił się tym zbytnio, po chwili zdał sobie sprawę, co właściwie musiał wy-prawiać. Biedak pewnie cały czas przepędziłby z kurczowo zaciśniętymi pięściami. 
Utrata świadomości przyszła zatem  chyba w porę.
Przejaśniło się już zupełnie. I rzekłbyś, ten nagły promień słońca stał się widocznie impulsem do zmiany nastroju. Edmund zapragnął działać. 
Ruszył tedy dziarskim krokiem. „Tak właśnie zrobię – pomyślał. – Pójdę wprost do pani Orsin. Nawet jeśli przeklnie mnie i pośle do wszystkich diabłów, wybadam dyskretnie, czy im czego nie potrzeba. Otoczę je opieką i będę pomagać z ukrycia. I przyjmą tę pomoc, nawet o tym nie wiedząc. I choć znienawidzą mnie, to i tak im pomogę. To mi wystarczy”.
Nie musimy wspominać, że nieszczęśnik zbyt pochopnie ocenił był sytuację i nie-omal od razu przewróciłby się na prostej drodze, nogi jego bowiem zupełnie niepo-słuszne okazały się całkiem zdrętwiałe, a wyłoniwszy się z mroków, doznał nagłego porażenia oczu. Dopiero po chwili stan Edmunda wrócił do normy. 
Zanim nasz jegomość zdołał jeszcze opuścić to, wydawać się mogło, dość osobliwe miejsce, rzucił był całkiem przypadkowe spojrzenie na zegar słoneczny wynurzający się gdzieś ukradkiem z odmętów nieskończonej zieleni. Działanie Edmunda było odru-chowe, niczym nie spowodowane, mimo to usłyszał dźwięk niby krakanie. Edmund nie był jednak pewien, czy to nie ów krzyk wzbudził jego ciekawość. Albowiem w momencie, w którym właśnie obejrzał się za siebie, spostrzegł to upiorne ptaszysko (takim właśnie wydało się Edmundowi w owej chwili). Zupełnie jakby pojawiło się na zawołanie! 
„Cóż się dzisiaj z tobą dzieje, Edmundzie? Tracisz czas na głupstwa! rozum płata ci figle. Czyżbyś  właśnie dzisiaj zamierzał postradać zmysły?”
Burza myśli wciąż uparcie kłębiła się w jego głowie. Dziwny niepokój nie opuszczał Edmunda mimo nadziei tlącej się w sercu, zupełnie jakby czyny jego miały wyrządzić jeszcze więcej zła i przysporzyć nowych cierpień. Kroki jego, zdawać by się mogło, dość pospieszne i zupełnie niepewne zdradzały niepokój. Rzekłbyś, człowiek ów musiał mieć duszę na ramieniu. Edmund w swym zapamiętaniu nie spostrzegł nawet, że wytrącił jakiejś nędzarce kilka jabłek, o które pewnie z trudem musiała żebrać przez cały ranek, i tak zresztą chylący się już ku końcowi. 
Niewątpliwie ukradła była je gdzieś po prostu. Któż raczy wiedzieć. Nie ma to zgoła żadnego znaczenia.
– Jak chodzisz, łotrze przeklęty – wrzasnęła dziewczyna – żeby damy po drodze przewracać! Kto to widział? Nie zatrzyma ci się taki nawet, nie pomoże. Wszyscyście jednacy, a niechby was jeden czort porwał!
Edmund rzeczywiście nie spostrzegł, że nieomal stratował to dziewczę snujące się bez celu po mieście, pędzące żywot iście zwierzęcy, którego jedynym celem było za-spokojenie pierwotnych instynktów, by wypełnić żołądek czym się da, by przetrwać kolejny dzień aż do nocy, żeby znów wstać nad ranem. Biedne dziecko. Po dwakroć musi być przeklęty ten, kto poszedł spać w dostatku, a obudził się nędzarzem.
Dziewczyna jęła zbierać swoje jabłka, nagle nie wiedzieć skąd wyłonił się jakiś kloszard jakby wyrósł spod ziemi. Był okropny w swym ubóstwie zupełnie jak istota do niedawna jeszcze ludzka, dziś niepodobna już wcale jakby zwyrodniała i całkiem nie-rozumna, której jedyną zbrodnią jest nędza. Była to jednak istota tak parszywa i zgniła, niby całe boskie dzieło ewolucji cofnęło się w jedną noc, a bękart ten nie mający wszak ojca, zrodził się z nędzy i rozpaczy; wypełznął z przeklętego łona tych dwóch matek. To one bowiem popychają człowieka na skraj przepaści, sprawiają, że wstępuje na drogę, z której nie ma przecie odwrotu; obywatel staje się dzikusem. 
Może zbrodniarz ów nigdy nie był obywatelem? – zdolny tedy do gwałtu i przemocy, oszołomiony swym pijaństwem, za kołyskę miał jeno zbrodnię. 
– Taka z ciebie paniusia? – wrzasnął okrutnik zachrypniętym głosem – no to choć tutaj. Patrzcie ją, jak się rwie! Chłopa ci potrzeba, moja panno.
– Zostaw mnie, bydlaku! Ty szczurze! Puszczaj mnie, słyszysz? Będę krzyczeć. Na pomoc, ratunku. Boże jedyny, zlitujże się. Och... Kobietę szarpią. Damę napadli w biały dzień zbiry ohydne. Pomocy.
Nasz jegomość dopiero po chwili uzmysłowił sobie, jakiego feralnego zajścia stał się mimowolnym świadkiem, a co ważniejsze – także uczestnikiem. Świadomość opuściła go, umysł jego nie zaprzątnięty bowiem niczym, prócz rozmowy z panią Orsin nie zdolny był pojąć czegokolwiek, choć naturalnie Edmund nie stracił umiejętności lo-gicznego myślenia. Nie postradał przecie zmysłów. Nie zwrócił po prostu uwagi na incydent z nędzarką, ustaliliśmy to już. Nie mógł zatem wiedzieć, że owa pannica – dziecko właściwie – została zaatakowana przez jakiegoś hultaja. Dopiero krzyk nędzarki wyrwał Edmunda z rozmyślań i wówczas jegomość ów zauważył, jak oprych szar- pie dziewuszkę, ta zaś próbuje się wyrwać, dość nieudolnie zresztą.
– Puść ją zaraz, słyszysz! Zostaw, mówię.
– Boże, czy widzisz, jak mi źle? Nie ma już sprawiedliwości na tym świecie. Bezkarnie mogą pomiatać człowiekiem. Gardzą tobą, traktują cię jak byle co; pomiatają bezczelnie. Za nic mają kobietę, damę! Boga nie ma! Umarł bodaj z ostatnim życzliwym człowiekiem. Nie ma litości, nie ma współczucia; byleby poniżyć, zdeptać drugiego. Boże... jak mi jest źle. Nie ma dokąd pójść. Nikogo już nie obchodzi mój los.
Edmund rzucił się z pięściami. Złapał draba za płachtę śmierdzącej i lepkiej od brudu materii imitującej płaszcz; wywrócił łotrzyka, ciągnąc obszarpany kawał szmaty, ten z kolei poleciał na bruk zasłaniając się rękoma przed upadkiem. Edmund zaczął okładać bezbronnego już zupełnie zbira; kopał go, dopóki nie uzmysłowił sobie, że jest nim starzec. Na starca wyglądał bowiem, nie sposób określić jednak wieku. Wołał starczym głosem, prosił o litość. Edmund przestał kopać, zapłonął wstydem. Nie poznawał samego siebie. Spojrzał na dziewczynę. 
Po zbirze nie było już śladu.
Nędzarka natomiast niewiele pojmowała z tego, co właśnie się wydarzyło. Patrzyła na tego dziwnego mężczyznę, który być może stanął w jej obronie, albo po prostu odegnał tego potwora, by rzucić się samemu i skrzywdzić ją jeszcze okrutniej. Bała się go; widziała przecież, co zrobił temu łotrowi. Był dziki i przerażający. Gwałtowny. Był piękny i był niepewny – patrzał na nią i się wstydził. 
Ona z kolei nie mogła uciec. Chciała, lecz nie mogła. Nie pojmowała tego. Strach paraliżuje, a ciekawość przyciąga. Stała więc zaciekawiona, stała drżąc w niepewności. Mówiła coś, żaliła się. Cóż więcej pozostało?
Edmund słuchał utyskiwań swojej nędzarki i jął przyglądać się coraz uważniej. Chwycił zimne ramiona swoimi dłońmi, próbując może jakoś uspokoić tego roztrzęsionego podlotka. Nędzarka nie przestawała jednak mówić, łzy płynęły jej z oczu, a Edmund nie mógł pojąć, jak można żyć w takiej biedzie. Naturalnie zdawał sobie sprawę z istnienia nędzy. Wiedział, że ludzie cierpią głód i niedostatek, sam przecież pomagał, rozdawał jałmużnę, przekazywał hojne darowizny. Robił to jednak nie z dobroci serca, uważał to za pewnego rodzaju modę. Wydawało mu się, że tak wypada. Nie chciał niepotrzebnie brudzić rąk, wolał oszczędzić sobie przykrego widoku. Sam jeden nie zbawiłby przecież całego świata. Mimo to nastąpił pewien przełom. Coś w Edmundzie drgnęło, choć bardziej poruszyło go może nie tyle ubóstwo owej dziewczyny, a jej upodlenie. Dziś pierwszy raz chyba nędza wyszła mu na przeciw. Edmund zrozumiał, że źle się dzieje. 
Tego dnia miał jeszcze sposobność, by przejrzeć na oczy...
Zsunął pierścień z palca, wyjął wszystkie pieniądze, jakie miał tego dnia przy sobie. Na koniec rozpiął guzik koszuli i zdjął złoty łańcuszek. Wcisnął wszystko dziewczynie do ręki. Chciałby nawet ofiarować jej swój płaszcz, gdyby nie był mokry.
– Nie płacz już, moje dziecko. Weź, może tobie bardziej się poszczęści. Zrób dobry użytek i wyrwij się z tej nędzy. Wydaj, na co będziesz chciała.
„Wariat jeden. Paczcie go, oszalał! Pijany czy co? Pieniądze rozdaje”.
– Kpisz pan sobie ze mnie! Z nieszczęścia i ludzkiej krzywdy sobie szydzisz? Czy już nie ma litości na tym świecie, żeby tak okrutne żarty sobie robić?! 
Raz jeszcze chwycił mocno jej ramiona, po czym oburącz delikatnie pogładził ją po głowie; chciałby może przytulić ją do piersi. W porę oprzytomniał jednak, i speszony odjął dłonie od dziewczęcej twarzy. Biedak chrząknął znacząco, musiał zapewne uświadomić sobie, jakim nietaktem było jego zachowanie, nawet jeśli idzie o zwykłą nędzarkę; była kobietą wszakże.
– Och, głupia... Nie żartuję, bierz te pieniądze, mówię. Mnie one parzą. Nie chcę ich. Weź i rozdaj innym albo kup sobie jedzenie. Znajdź bezpieczną kryjówkę, zacznij godne życie. Na początek wystarczy. Tylko nie wydaj wszystkiego naraz.
Dziewczyna wpatrywała się w Edmunda. Gardziła nim może, mimo to człowiek ów chciał oddać jej wszystko, co miał, choć pewnie nie było tego zbyt wiele. Strój wpra- wdzie miał schludny, prawie nowy; niczego nie mogła być jednak pewna. Niczego nie rozumiała. Równie dobrze pieniądze mogły pochodzić ze zbójeckiego napadu. Męż- czyzna przerażał ją, wydawał się bestią, straszliwym demonem, w najlepszym wypadku wariatem z wyrzutami sumienia, pokutującą duszą. W jednej chwili nieszczęśnik ów wydał się jej całkiem ludzki. Jęła dopatrywać się w tej dzikiej fizjonomii cech czło- wieczych, wydawało się, że w czerwonych i podkrążonych oczach wciąż tli się życie.
– Przemokłeś pan zupełnie do suchej nitki, i drżysz cały.
Dziewczyna przyłożyła Edmundowi dłoń do rozpalonego czoła. Uśmiechnęła się mrużąc oczy. Głos jej wydał mu się całkiem przyjemny, delikatny i opiekuńczy. Ta odrobina współczucia dotknęła go nad wyraz.Nie pomyślałby nigdy, że nie mając nic, można znaleźć odrobinę zrozumienia i ofiarować znacznie więcej. Edmund nie przejmował się swoim stanem, mimo to nędzarka ulitowała się nad nim, bynajmniej nie dlatego, że jej wcześniej zapłacił. To dziecko wiedziało, czym jest miłosierdzie, choć samo nie zaznało go może wcale.
Ta istota daleka przecie od ideału wydała mu się wówczas aniołem. Choć poni-żona i zrzucona na dno, wydana na poniewierkę losu miała w sobie dar nieskazitelny, bożą cząstkę. Bodaj to właśnie owa cząstka tak poruszyła Edmunda. 
Gdy anioł traci swą cnotę, nie upada, lecz staje się kobietą. Wznosi się wówczas na inne poziomy. A gdy kobieta dostąpi błogosławieństwa, znów staje się aniołem. Co więcej, staje się początkiem nowego.
Na całą jej troskę dopowiedział jedynie, wyszeptał niemal bezgłośnie:
 – To nic, to zupełnie nic takiego. Wszystko będzie dobrze. Tak trzeba.
Ucałowała go w policzek, Edmund westchnął tylko; zarumienił się i uśmiechnął leciutko. Po chwili uciekła speszona, a on znów został zupełnie sam. Czy jeszcze się spotkają? Zapewne nigdy. 
– Nawet nie spytałem, jak się nazywa.
Czas płynął szybko. Było już około dziesiątej.
„Dziwne – pomyślał Edmund znalazłszy się wreszcie u drzwi pani Orsin. – Nie ma nikogo, czy nie chcą otworzyć? Pewno poszły na nabożeństwo ku czci zmarłego. Tak, z pewnością! Nie godzi się przecie niepokoić w takiej chwili. Przyjdę innym razem. Och, przecie najpierw wypadałoby się oporządzić. Spójrz na siebie, Edmundzie, jak ty wyglą-dasz! Nikt przy zdrowych zmysłach nie zechce z tobą rozmawiać. Dobrze, żeś nikogo nie zastał; jeszcze wzięłyby cię za jakiegoś nędzarza”.
Na samą myśl, że ktoś mógłby pomylić go z jakimś nieszczęśnikiem, przeszedł go dreszcz.
Edmund postanowił tedy wrócić do domu, a wizytę złożyć dopiero pojutrze. Przypomniawszy sobie zwyczaj żałobny, nie chciał niepokoić rodziny, nim nie upłynęły trzy dni. 
Pogrzeb – wypadałoby wspomnieć – odbył się jeszcze tego samego dnia za dopełnieniem stosownych formalności. Nic nie stało wszakże na przeszkodzie. Adam Orsin został powieszony, nie było zatem potrzeby dłużej zwlekać z pochówkiem, zgon nie musiał być oficjalnie potwierdzony. Istniało również ryzyko, że ktoś wykradnie ciało; zechce je zbezcześcić lub ogłosić cud. Zdarzały się już takie przypadki.
Naturalnie Edmund nie mógł wiedzieć tego wszystkiego i dopiero o drugiej godzinie owego trzeciego dnia, poukładawszy w głowie wszystkie myśli, ośmielił się ponownie zapukać do drzwi domu jeszcze do niedawna zamieszkałego przez Adama Orsina. Ta myśl zmroziła serce, przepełniając Edmunda trwogą.
Dotarłszy na miejsce, stał pod drzwiami krótką chwilę, nim ośmielił się zapukać. Emocje opadły już, Edmund zrozumiał to, i wiedział, że będzie mu trudniej niż poprzednio. Zapukał jednak; mimo to nikt nie otwierał.
„Jak myślałem – nie chcą otworzyć. Na nic mój wysiłek. Zrobię, jakem postanowił. Teraz wypadałoby rozmówić się  z panią de Vine. Zbyt długo już zwlekałem”.
Minął rozłożysty gmach świątyni, której zresztą przyjrzymy się jeszcze. Prze- chodząc obok, zatrzymał się na moment. Wprawdzie Edmund nigdy nie deklarował swojej pobożności, ale nie uważał się też za ateusza. Właściwie nie rozmyślał nad tym zbyt poważnie. Na nabożeństwa uczęszczał, owszem, lecz niezmiernie rzadko i raczej z przymusu, niejednokrotnie czując się na nich wcale obco zupełnie jak gołąbek po-składany z papieru na siłę dopasowany do jakiegoś landszaftu. 
Patrząc na gmach świątyni, Edmund i tym razem doświadczał owego odosobnienia co zwykle, z tą różnicą, że towarzyszył mu strach. Wyobrażał sobie nawet, że nieprze-niknione oko spogląda nań z góry.
Zostawił pospiesznie to miejsce za sobą, by wyrzuty sumienia nie dręczyły go niepotrzebnie w czasie najmniej odpowiednim. Adama nazwał był nawet „zmarłym”. Zapewne nie chciał przywoływać jego imienia.Coś niepokojącego jednak działo się z Edmundem. Dotarłszy wreszcie do alei Widokowej zatrzymał się. Stał na kamien-nej ścieżce pośród zaciszy, zewsząd otoczony drzewami; spostrzegł nagle, że ponure ptaszysko, zupełnie jakby w ślad za nim przybyło, by przysiąść na jednym z licznych posągów zdobiących ten urokliwy zakątek sąsiadujący z pałacem pani de Vine. Co prawda nie musiał być to ten sam kruk, wszakże wydawał się równie straszny. 
Tajemnicze widmo krążyło nad Edmundową głową.
Ten z kolei zamarł bez reszty. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw; bezsilność nie pozwoliła mu ruszyć dalej. Scena, którą bowiem zastał był, wprawiła go w osłu-pienie, przybiła do reszty, pogrążając ostatnie nadzieje. Stał w milczeniu całkiem załamany. Raptem uzmysłowił sobie, że nie ma już ratunku. 
Edmund był skończony.
______________________________________
Spamowanie w dalszym ciągu jest VERBOTEN!
Tym razem nikt nie betuje. Niestety nie udało mi się zakończyć prologu przed końcem roku. Wrzucam jednak krótki fragment, zdając sobie sprawę, że Edmund wyszedł teraz strasznie egzaltowany. To się zmieni. W stosownej chwili naniosę poprawki we wcześniejszej części. Astrid nazywa się teraz Konstancja.
Pani Konstancja nie jest już starościną, tylko hrabiną i nie mieszka w zamku, a w pałacu. Ma to swoje konsekwencje w zmianie epoki, w której toczy się akcja. Przypomina to trochę XIX wiek z silnymi wpływami wcześniejszych epok, stąd te nawiązanie do steampunku. Magia odkrywa istotną, lecz nie kluczową rolę. Nie jest to ani high, ani low fantasy -- raczej coś pomiędzy. Wszystko będzie jeszcze wyjaśnione. Cały tekst ma właśnie nakreślić czytelnikowi czasy, w których toczy się opowieść i wszystkie pozostałe aspekty kulturalno-obyczajowe, zanim przejdziemy do właściwego punktu historii. Trochę to jednak potrwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy