środa, 24 sierpnia 2016

VI
IN MEDIAS RES

Zajrzyjmy jeszcze na moment do wspominanej tawerny. Jak zmieniła się ulica Daleka, gdyśmy ją opuścili?
Niewiele się zmieniło. Był dzień; tłumu zatem nie sposób było uświadczyć. Co chwila ktoś wchodził; inni wychodzili pośpiesznie, wychyliwszy wcześniej kolejkę. Może dwie. Paru wracało po chwili. Niewielu jednak zostawało na dłużej. 
Życie toczyło się dalej. Choć ostatnie wydarzenia rozbrzmiewały jeszcze do niedawna szumnym echem, dziś właściwie przycichły niemal i nikt prawie nie komentował już bie-żących spraw. 
Pozornie.
Raptem parę stołów okupowanych było przez stałych bywalców. Wśród nich, rzecz jasna, znajdował się znajomy jegomość. Imć Gwidon dyskutował z niegasnącym zapałem kolejny pomysł na miarę złota mający przysporzyć mu nie tylko sławę, ale i ogromny majątek. W rzeczywistości jednak po raz kolejny zamierzał bawić się na czyjś koszt, szu-kając sponsora chętnego zainwestować kapitał początkowy na rzecz spółki celem prze-prowadzenia wstępnych odwiertów w kopani diamentów w Wybrzeżu Kości. 
Innym zaś razem planował Gwidon otworzyć hodowlę egzotycznych ptaków, a je-szcze innym chciał przeprowadzić ekspedycję w niezbadany ląd, powołując się na auten-tyczne poniekąd mapy, rzekomo znalezione w starej skrzyni swego pradziadka. W rze-czywistości nie mające jednak potwierdzenia – będące niczym więcej niż bezwarto-ściowym błędem wynikającym z obliczeń kartografów.  Zmarnowany potencjał.
Wszystkie te fantastyczne plany nie zostały oczywiście nigdy zrealizowane; a główny zainteresowany znikał zawsze w niewyjaśnionych okolicznościach nierzadko w atmo-sferze jednakowego skandalu i nieustającego zamętu. 
Zgoła lawirant co się zowie.
Życie prowadził na ogól dość lekkie i niespieszne, nigdy nie przepracowując się za nadto. Właściwie rzec by wypadało, Gwidon nie przepracował uczciwie ani jednego dnia. A wolne chwile – których miał przecie pod dostatkiem – spędzał, jak mieliśmy już okazję wspomnieć, na niekończącej się hulance.
Tak więc płynąłby może jeszcze czas bez zbędnego pośpiechu, gdyby imć Gwidon nie zawołał był nagle: 
– Nosił wilk razy kilka i... spadł z wysokiego konia. 
– Cóż masz na myśli, drogi Gwidonie? – odparł mu rozsądny głos Ademara. 
– Jak to: co mam na myśli? Imć pan Orsin. Przecież to o nim mówię. Zapomnieliście już, co się wydarzyło? 
– Co mieliśmy zapomnieć? Nie żyje. Przecież wszyscy kiedyś umrą. 
„Ale nie z pętlą okręconą wokół szyi” – pomyślał naraz Gwidon. 
– Nasz Bernard jak zwykle pełen optymizmu – odparł Olaf znudzonym głosem, podpierając się łokciami. – Tylko pozazdrościć! Ale buty jednak Orsinowi nie spadły. Wszystko można by mu zarzucić, ale trzymał się chłop dziarsko do samego końca. 
– Buty? – spytał Bernard. 
– Ano, buty. Przecież o nich właśnie rozmawialiśmy. Słuchajcie, panowie: są pie-niądze do zarobienia, ale potrzebny jest niewielki kapitał tytułem zadatku. I trzeba się spieszyć. Jeden szewc... 
– O nie! Nie. I jeszcze raz nie – przerwał Olaf. – Nie chcę słyszeć o żadnych ge-nialnych interesach. Nie ma mowy. Zresztą my wcale nie o tym rozmawialiśmy. 
– O butach. 
– No to ja o butach właśnie.
– Panowie, co się dzisiaj z wami dzieje? Weźcie się wszyscy w garść.
– Teraz to ja nie rozumiem, Ademarze. Siedzimy sobie. Pijemy kulturalnie, rozma-wiamy. Ot co!
– Ale przecie nic z tego nie wynika. W kółko to samo. Mało razy już o tym mówi-liśmy? Wszystko się powtarza i nic się nie dzieje. Bez przerwy zaczynasz ten sam temat. Dokąd to prowadzi?
– A może tak być, że każdy dzień jednaki. Ale co w tym złego? Nic cię przynajmniej nie zaskoczy. Tyle dobrego.
– Ale ile jeszcze można tak żyć? – spytał filozoficznie Olaf.
– Ach, dajcie już spokój, panowie. Rozchmurzcie się. Kto się ze mną napije? Dalej, wiara! – Wzniósł kufel, rzekłszy nieśmiało: – Bernardzie?
Znudzony Bernard uniósł kubek z piwem i westchnął ciężko. Ademar ziewnął. Do-prawdy nic się nie działo. I bodaj nic nie wskazywało, że sytuacja miała się odmie-nić. Raptem z izby na piętrze wyszedł kapitan statku handlowego odsypiający po nocnej zmianie. Idąc schodami w dół, przeciągał się ospale.
– Czołem, panie kapitanie – zawołał Gwidon. – Przyłączcie się do nas, będzie raźniej. Zawsze to jakaś odmiana.
– A dzień dobry panom. Humor, jak widzę, dopisuje. Ja niestety nie mogę, ale wypijcie za moje zdrowie.
Mężczyzna rzucił w kierunku Gwidona nowiutkiego dukata.
– A oczywiście, że wypijemy. Co się ma zmarnować. Jak to mówią, co ma wisieć nie utonie. Ale szkoda.
– Wzięlibyście się, panowie za porządną robotę. Czasu wam nie szkoda? Życie wam ucieknie. A na statku każda para rąk się przyda.
– Ale kiedy my nie mamy siły na pracę. Ręce bolą, zmęczeni jesteśmy. Choroby morskiej można się nabawić. I za nędzne stawki mielibyśmy robić?
– O wy lenie jedne. Do uczciwej roboty byście się lepiej najęli, a nie na tyłkach od rana do nocy przy piwie bąki zbijać. Ale co to? Macie szczęście, że dzwony biją. Dałbym ja wam musztrę, ale wzywają mnie. Czas ruszać. Czołem wszystkim, do widzenia. 
I wychodząc pospiesznie, kapitan mruczał jeszcze do siebie: „Łotry jedne. Uczciwej roboty wam potrzeba jak Pan Bóg przykazał. Uderzenia dzwonu portowego zagłuszały jednak jego szept.
Po chwilowym zamieszaniu  zdaje się  wszystko było jak dawniej; zupełnie jakby incydent ów nie wydarzył się nigdy, albo był niczym więcej niż sennym majakiem. Ledwie przewidzeniem. 
– No i widzisz, Gwidonie. Właśnie o tym mówię: nic się nie dzieje. Od rana do nocy to samo.
– Wyjdźmy gdzieś, panowie. Zróbmy może coś nowego. Najmijmy się do wojska. W porcie pełno statków, wsiądźmy do któregoś i odjedźmy gdzieś daleko. Ku przygodzie, moi panowie. Ku bezkresnej przygodzie! Tylko wpierw napijmy się troszeczkę, bo mi w gardle zaschło.
– Toż przecie pan kapitan proponował nam posadę na statku – odparł Bernard. – Sam go odprawiłeś.
– A może to i racja. Mnie się nawet zdawało, jakby to było raptem przed chwilą. Chodźmy zatem, jeszcze malutki kieliszeczek na drogę. 
– Tylko grzecznie mi się tu bawić, bo jak nie to mi stary skórę przetrzepie – po-wiedziała karczmarka z udawaną złością do któregoś klienta gdzieś w oddali– Zrozu-miano? 
– A pewnie, że zrozumiano. Zdrowie, szefowo! 
– Cóż się z tobą dzisiaj dzieje? – dopytywał Ademar. – Czujesz się  jakiś nieswój? Co rusz bredzisz jakieś głupoty. Do tego blado wyglądasz. 
Naszemu jegomościowi w jednej chwili zakręciło się w głowie. Poczuł się otępiały, jakby zmysły zaczęły nagle go zawodzić. Raptem przyszedłszy całkiem do siebie, był jak nowo narodzony; choć sam nie rozumiał swojego stanu, udawał przed sobą że nic wielkiego się przecie nie stało. Za dużo alkoholu – całkiem możliwe. Zbyt duszna izba. Kto wie? 
– O czym to rozmawialiśmy?
Do tawerny niespodzianie wszedł inspektor policji, rozglądając się naokoło. Był to starszy, nieco ociężały człowiek o stosunkowo niesympatycznej, rzec by można, aparycji. Na jego dość elegancki mimo wszystko mundur składały się granatowe bryczesy i czerwona kurtka ze złotym akselbantem i grubo haftowanym szerokim biało-granatowym kołnierzu, i takichże mankietach. W ręce trzymał laskę.
 Człowiek ów omiótłszy wzrokiem każdy kąt, skinął głową na swych chłopaków. Ci zaś rozeszli się po izbie, przyprawiając ją o granatowe i czerwone barwy. Inspektor postą-pił wreszcie kroku, gdy pulchne dziewczę nachylało się nad Gwidonem, podając mu kufel piwa.
– Wariat! – wrzasnęła karczmarka, chichocząc, gdy ten przerzucił ją przez kolano i dał jej klapsa. – I patrz, cóżeś narobił, urwipołciu jeden! Przez ciebie całe piwo wylałam. Tyle dobra się zmarnuje. Stary pewno znowu mi przyłoży. Wszyscy święci niech mają mnie teraz w swej opiece. 
– Nic się nie zmarnuje. A za to chętnie wypiję. Zatem zdrowie imć Adama Orsina! Niech mu się tam lepiej żyje, gdziekolwiek trafił. Pijemy za pana Orsina. Wiwat wszyscy!
I wylał kufel piwa pa podłogę.
– Pięknie. Tylko kto to potem posprząta? Wariat. Istny wariat.
Karczmarka odwróciła się naraz, pobladłszy w jednej chwili. Instynktownie cofnęła się przepełniona strachem, widząc zbliżające się w jej stronę chmurne oblicze inspektora policji.
– Rozejść się! – krzyknął inspektor. – Rozejść się wszyscy. Co to ma znaczyć? Za cześć spiskowca pijecie, psubraty cholerne? Na mocy miasta Gryffino aresztuję was wszystkich za wszczynanie buntu. Proszę za mną, panowie.
– I masz, Ademarze swoją odmianę. Ale zaraz, puszczaj mnie, salcesonie jeden. Porządnych ludzi w biały dzień zaczepiacie?
– Proszę za mną. Ale już. Bez dyskusji. 
– O matko, a cóż to znowu za zbiegowisko? A mówiłam: bez awantur. Burdy mi tu pod nosem urządzacie? 
– Zamilcz, kobieto, bo i ciebie do karcera zamkniemy. 
– Zostaw, łapy przy sobie, gałganie – awanturował się Gwidon– A poszli mi stąd. Mama kaszą dzieli. Boże w niebiesiech, dopomóż. Od kiedy to rzucacie się na uczciwych ludzi? Jak na psy jakieś, co? Ręce przy sobie, powiedziałem!
 – Będziesz spokojny? Zaraz ci grzbiet pałką złoję, to się nauczysz.
Inspektor wyprowadził szamoczącego się Gwidona na zewnątrz. Reszta została pochwycona niemal w tej samej chwili przez pozostałych stróżów. Przechodnie zatrzy-mywali się na moment, zastanawiając się, cóż to za nagłe zajście płoszy tę do niedawna jeszcze sielską atmosferę. 
– Ładnie nas urządziłeś, Gwidonie. Nie ma co – rzucił mu na pożegnanie Olaf.
– Macie za swoje, psubraty. Żeby tak zdrajcę popierać w biały dzień jeszcze przy światkach? – pytał inspektor, prowadząc nieszczęsnego Gwidona. – Buntów się zachciewa? Dosta-niecie wy jeszcze nauczkę.
Czarne ptaszysko rozsiadło się na pobliskim dachu, zwracając uwagę naszego jego-mościa. Zdawał się obserwować Gwidona ku jego nieskończonemu zakłopotaniu. Kręcił łbem jak mechaniczna zabawka, zakrakał i odleciał raptem nie wiadomo gdzie. 
„Przeklęte ptaszysko. A żeby cię tak jakiś kocur dorwał”. 
Gwidon zdołał wyrwać się w końcu z uścisków policjanta. Zresztą nie trwało to długo. Wykorzystując odpowiedni moment i fakt, iż inspektor wcale nie trzymał go prze-sadnie mocno, Gwidon zaparł się nogami i odchylił się całym ciałem do tyłu; uwzględ-niając nawet chwilową konsternację inspektora, nie tracił czasu. Klepnął w zad stojącego obok konia. Ten wierzgnął; zdrowo kopnąwszy inspektora, powalił go na ziemię.  
Gwidon, nie oglądając się już nawet za siebie, dosiadł policyjnego wierzchowca i pognał w siną dal.


Obserwatorzy